Moja mama znalazła to przez przypadek.

Nie było żadnych dokumentów. Nie było pieniędzy. Niczego, co by wyjaśniało, dokąd poszedł ani dlaczego tak się od niego oddalił. Tylko ten sam przedmiot, starannie zapakowany i położony tam, gdzie zwykle myślał o ważnych rzeczach.

Ten brak – brak wyjaśnień, brak normalności – martwił go bardziej niż sam obiekt.

Kiedy w końcu wyjął go z szuflady, zdał sobie sprawę, jak dziwny był ten przedmiot.

Miał prawie stopę wysokości, był gładki w dotyku, a jego powierzchnia pokryta była misternymi, powtarzalnymi wzorami, które wydawały się mniej ozdobne, a bardziej celowe. Na jego szczycie cienkie, ruchome wypustki – niczym macki lub ruchome gałęzie – układały się z niepokojącą precyzją.

W ogóle nie wyglądał znajomo.

To nie narzędzie.
To nie ozdoba.
To nie jest coś, co można zrozumieć na pierwszy rzut oka.

Nikt nie potrafił wyjaśnić, do czego to służyło.